Aktualności

Muzyka Podwyższonego Ryzyka - Letnia Zadyma w Środku Zimy

2017-04-18 10:41:40

 

27. stycznia 1989 roku to moje absolutne preludium, debiut, zimny prysznic, stres, fura radości, zmęczenie i wstąpienie na drogę z której nie ma już odwrotu.

 

 

Odwagi dla Letniej Zadymy w Środku Zimy dodała mi Rozgłośnia Harcerska. To tam, rok wcześniej, w 1988 roku zadebiutowałem także w audycjach emitowanych przez tę legendarną i absolutnie awangardową rozgłośnię. Nawet dzisiaj nie znajduję radia, które by w tak nieprawdopodobny sposób łączyło edukację młodzieży, podsycaną ultra niezależnymi nagraniami polskiej muzyki rockowej. W kilkunastogodzinnym programie codziennie rzeczywiście mówiono o harcerzach, biwakach i ogniskach, ale także potrafiono opowiadać o ptakach, legach świergotach, zwierzynie leśnej, a przede wszystkim o pływaniu, żeglowaniu, z opowieściami z dalekich mórz i graniu szant. W tym tle tylko tu swoja muzę w premierowych nagraniach mogły pod koniec lat '80 zaprezentować takie kapele jak Siekiera, Chłopcy z Placu Broni, Tilt, czy chociażby wtedy niezwykle popularny Sztywny Pal Azji. Pamiętam jak darłem się na cały głos na radiowy m korytarzu (chyba 3 piętro), kiedy z najnowszym nagraniem, a była to tasiemka radiowa na metalowej szpuli przyszedł Jacek Palucha z Formacji Nieżywych Schabuff. To jeden, jedyny prawdziwy twórca tej formacji, poeta, malarz - jego obrazy wiszą na moich ścianach. O fantastycznym głosie i niebywałym klimacie jaki stwarzał śpiewając – deklamując swoje nieprawdopodobne  numery, „Kiedy palę faję”, Klub Wesołego Szampana”.

 

Rozgłośnia mieściła się w gmachu YMCA na ul. Konopnickiej w Warszawie. A my nauczyliśmy ludzi pisać adres: Marysi Konopnickiej, Pięć Sześć Siedem. O tych audycjach jeszcze opowiem, ale to tam powstało zawołanie „Uwolnić Słonia”, z którym pojechaliśmy do Jarocina w ‘88 roku. Zorganizowaliśmy szalony happening na rynku, gdzie ustawiona była mównica, a na przyczepie do traktora zaproszone kapele przygrywały do nogi. Pamiętam Pabiedę i Vavel Underground. Ale na pewno jeszcze ktoś tam był.

 

Kiedy opowiadaliśmy o tym, w rozgłośni zrodził się pomysł, aby tę atmosferę przenieść na koncert, który zabrzmiałby już klubowym graniem. I tak od słowa do słowa ruszyliśmy z jego organizacją, a bardziej to ruszyłem ja osobiście. Nie było żadnej agencji, nie było żadnych ludzi, którzy by się za to wzięli, po prostu pojechałem do Stodoły i wynająłem klub. W mojej głowie rodzi się pomysł z udziałem kapel, które grałyby przez 24 godziny non stop. To szaleństwo na tym koncercie nie zostało zrealizowane, ale okazało się, ze na kolejnym koncercie pod tytułem „Zadyma” organizowanym 2 lata później i owszem – zabiliśmy publikę 24 godzinnym koncertem.

 

Stodoła zarezerwowana,  a ja w radiu w swoich krótkich audycjach, ale z pomocą całej rozgłośni nakręcamy wydarzenie i moi drodzy ciśnienie zaczęło rosnąć w sposób niesamowity, a więc czujemy że ludziom ten pomysł pasuje. Wypytują, kto będzie grał, kiedy będzie impreza – oczywiście wymyślamy najbardziej abstrakcyjny termin, chyba nie mający żadnego uzasadnienia, czyli 27 stycznia. 27 stycznia w tamtym czasie nie można w żadnym stopniu porównywać do tego samego dnia styczniowego w tym roku. Zimno było jak w psiarni. Mało tego, sprzedaliśmy wszystkie bilety w tydzień czasu, na 2 tygodnie przed imprezą. Zostały wręcz wyrwane z kasy. Wtedy ekipa, która jest tak zwaną ochroną, wpuściła w obieg podejrzewam drugie tyle biletów. Chyba liczyła, że ludzie nie dojadą. Ja widząc, że bilety idą fantastycznie kazałem jeszcze setkę albo coś koło tego zostawić na dzień koncertu obiecując wszystkim, że nawet jak ktoś nie kupił, dojedzie, kupi, wejdzie.  To nie były mądre słowa.

 

W dniu koncertu już od rana ludzkość podążyła do Stodoły, gdzie biletów nie było, więc ruszyli w stronę Rozgłośni Harcerskiej pytać, o co chodzi. Przeżyłem prawdziwy stres, bo nie bardzo wiedziałem co powiedzieć sporej grupie ludzi z plecakami, który przyjechali naprawdę z całej Polski. Przysiągłem, że na pewno wejdą na koncert. Ale jak dojechałem pod Stodołę, zobaczyłem, że po raz drugi chyba zrobiłem rzecz pochopną. Z tą przysięgą też nie było mądre. Pod Stodołą kolejka zawijana 8 razy. Ja pierdzielę - myślę sobie. No przecież tych nie wprowadzę, nie ma takiej siły. A za mną jeszcze tych kilkadziesiąt osób z Konopnickiej. Ustalamy z organizatorami, że powystawiają na parapetach odbiorniki telewizyjne, ponieważ Stodoła już w tamtych czasach miała ‘telewizję kablową’. Nie ukrywam, ludzie zawyli, ale przyjęli propozycję.

 

 

Na końcu okazało się, że po trochu, po trochu wszyscy do Stodoły weszli. Ja w międzyczasie dogaduję, gdzie stanąć ma wóz Sony, który będzie rejestrował cały koncert. A to za sprawą mojego przyjaciela Stasia Plachwicza, którego gdzieś poznałem, który gdzieś spytał czym się zajmuję i który powiedział, ze on w ogóle siedzi w rodzącym się polskim biznesie telewizyjno-filmowym i skoro robię taki koncert – przedstawiłem mu to bardzo obrazowo, to dlaczego by tego nie zarejestrować. Dla mnie była to absolutnie abstrakcja wręcz o kategorii realności jak śniadanie na księżycu. Ale Staszek nie odpuścił, umówiliśmy się na kolejne spotkanie, tym razem z ludźmi z Telewizji Polskiej, którzy ustalili ile będzie kosztowało wynajęcie wozu, a także kto będzie koncert realizował. Stanęło na Michale Tarkowskim, który między innymi reżyserował legendarny film „Koncert”, który był zapisem między innymi Jarocina lat 80. Wóz został dogadany, czyli płatności z ręki do ręki, plus flaszka dla wartownika na bramie. Nie widziałem jak wóz wyjeżdżał z Woronicza, za to widziałem jak wóz parkował pod Stodołą, był absolutną nówką sztuką i nasz koncert był fantastycznym polem doświadczalnym, aby wypróbować wszystko, co w nim mrugało do nas nowoczesnością i wysoką klasą. Zapowiadała się przynajmniej telewizyjnie super przygoda, a przecież jeszcze ciągle składaliśmy artystów, którzy mieli być gwoździem tego przedsięwzięcia.

 

 

Artystów składaliśmy według kodu znam/nie znam, lubię/nie lubię, czyli elementy z Rozgłośni Harcerskiej z podpowiedziami jak chociażby propozycja z zespołem De Mono. Wtedy nazwa wydawała mi się jak w stylu pięciolinii, nutki, kompletnie nie rock’n’rollowa. Do głowy by mi nie przyszło, że zespół właśnie wkraczał na drogę niesamowitej popularności. Generalnie ideą koncertu były covery, które nawet wcześniej wyłapałem i ponagrywałem na kasetę, aby poprowadzić ludzi w tę stronę. Zespół Kolaboranci trochę się z tym pomysłem buntował, ale dzięki temu moim zdaniem dwa numery „Czekoladowy krem” i „Jeansy” zostały po prostu fantastycznie wykonane po latach oryginału. Vavel Underground, kapela z Krakowa, gdzie jednym z wokalistów jak przynajmniej nam przedstawiano był gościu aktualnie pracujący jako palacz w kotłowni. Zapowiedzieli „Przygodę bez miłości”, słowem „niejaki Test”, czyli kapela, która to grała w oryginale. Na koncert tradycyjnie spóźnił się Muniek z T. Love, ale zdążyli wykonać Jumping Jack Flash Rolling Stonesów. W koncercie także brał udział Tomek Lipiński, Recydywa Blues Band, zespół Voo Voo. Miał całą swoją połówkę płyty winylowej, a pewnym live motywem był zespół obywatel GG, gdzie dęciaki obsługiwała sekcja z Kultu. Kiedy była drukowana okładka do płyty winylowej, mimo tysięcznych próśb i tak wydrukowano w podpisie obywatel G.C, a G.G  nawiązywało do Gary Glittera, do którego nawiązywał wokalista. Zagrał tez Malejonek, tym razem w zespole pod nazwą Transsyberia, a wspomniane De Mono brawurowo wykonało utwór Psycho Killer.

 

 

Kiedy artyści byli ustaleni, przeszedłem jeszcze przez piekło z wynajmem nagłośnienia i backline’u. Nagłośnienie dzięki podpowiedziom samych muzyków wynajmowałem dwa razy. Czyli z jednego musiałem zrezygnować, bo uznali, że nie da rady. Cud, że nie zarobiłem w ryja za odmówienie w ostatniej chwili. Dzisiaj kolega, któremu odmówiłem, jest moim przyjacielem. O tym, że na scenie potrzebny jest backline, czyli tak zwane tyły, dowiedziałem się w przeddzień koncertu. Wydawało mi się, że nagłośnienie to jest właśnie to. Zaczęło się gorączkowe szukanie wzmacniaczy, perkusji i tutaj pamiętam jak Szlaga z Lady Punk widząc moje zawirowanie, ale także determinację zszedł o połowę z ceny za bębny. Część dała się przekonać moim słodkim pierdzeniem, że zapłacę za wszystko po sztuce, kiedy kasa biletowa się ze mną rozliczy, ale byli też tacy, którzy zażądali kasy natychmiast po dostarczeniu sprzętu. W tej gorączkowej atmosferze zaczęło się także organizować  drugie oblicze koncertu, czyli część happeningowa.

 

 

Mimowie ze Stodoły mieli zrobić happening z nartami. Różni ludzie, których widziałem pierwszy raz na oczy, mieli dostarczyć najdziksze wynalazki jedzeniowe. Jedzenie na liściu kapusty, gotowana kasza, łupane orzechy, generalnie przedziwne rzeczy. 

Wprowadziliśmy swoją walutę, tak zwaną P.I.P.A (Polish Independent Pop Artists), których się wszyscy bardzo trzymali i weszły znakomicie w obrót wymieniane na złotówki.

 

 

90% ludzi, którzy to organizowali, robili, przeprowadzali, widziałem na oczy po raz pierwszy w dniu koncertu. Ponieważ nikt z branży, a zwłaszcza branży dziennikarskiej, nie dostał zaproszenia za darmo – no taka miałem ideę, przyszli prawie wszyscy, ale wkurzeni na maksa. Na szczęście stała się rzecz, która być może ich negatywne nastawienie sprowadziła do poziomu zaskoczenia, zaciekawienia i totalnego zdziwienia.

 

W Stodole było kilka tysięcy ludzi o dużo za dużo niż przewidywały jakiekolwiek normy bezpieczeństwa. To wynika ze sprzedaży biletów moich, czyli formalnych, i biletów niemoich, czyli nieformalnych plus wejście „kibiców”, którzy przyjechali z całej Polski. Nie wiem skąd tam się wziął, ale być może było to urzędowe, strażak w służbowym mundurze w pokoju dyrektora Stodoły (po dzień dzisiejszy ciągle ten sam) powiedział, ze nie ma bata, a nawet gorzej, i w takich warunkach koncert się nie odbędzie, ponieważ jest to po prostu niebezpieczne. Tak między nami, miał absolutną rację, to nie było bezpieczne. Gorączkowe myśli w głowie i spytałem się czy chce mi pomóc. I zaproponowałem mu jedno, jedyne wyjście – proszę wyjść i ponieważ reprezentuje pan służbę, to jeszcze umundurowaną, proszę ten koncert zamknąć.  Strażak odpuścił, a my odpaliliśmy najdziwniejszy koncert w moim życiu. Zakończył się w środku nocy i piekielnie zmęczony mając w oczach totalną ale wręcz katastroficzna klęskę finansową, pojechałem do domu. Istotnie płacąc za to wszystko w ostatniej chwili wyciągnąłem z domu wszystkie nasze oszczędności.

 

 

 

Już następnego dnia o koncercie było głośno. Potem w bardzo poczytnym tygodniku ITD przeczytałem felieton pana Gadzinowskiego, wtedy niezwykle popularnego komentatora tej gazety, że odczuwając ogólną i wszechpotężną niemoc twórczą środowiska studenckiego był na imprezie, która po prostu wymknęła się z pod jakiejkolwiek formacji ocen. I tutaj nastąpił kilkuzadaniowy opis mojej osoby, czyli gostka w żaden sposób niezwiązanego ze środowiskiem studenckim,  a następnie opis fantastycznej atmosfery, radość tworzenia, kompletnie inna formuła koncertowa, koloryt i jak to ujął nieprawdopodobne odrodzenie się sztuki klubowej. Powiem Wam, że wtedy ułagodziło to w sposób kosmiczny wszystkie bóle tworzenia, a kiedy jeszcze do chóru pochwał dołączyły takie gazety, jak kompletnie nierokendrolowa warszawska ‘Stolica’ to można powiedzieć, ze dzięki tym dobrym słowom cała moja dusza zapragnęła powtórzyć ten koncert w jakimkolwiek nowym projekcie.

 
Ekipa filmowa zrobiła swoje, dzięki czemu wprowadziliśmy pierwszą na rynek polski kasetę video z zapisem całego koncertu pod tym samym tytułem. Bardzo dużo kawałków muzycznych przykryliśmy archiwalnymi zdjęciami z epoki. Absolutnym na owe czasy kosmosem były wszelkiego rodzaju cyfrowe zainstalowane w wozie efekty, tak zwane posteryzacje. Nawet chyba w niektórych momentach przegięliśmy stosując je w czasie rejestracji materiału, co bezpowrotnie wyrzuciło nam oryginał w zaświaty.. ale największa niespodzianka dopiero czekała. Z tym materiałem, który montowaliśmy u Andrzeja Puczyńskiego (tak mi się wydaje), zacząłem objeżdżać różne wydawnictwa muzyczne, chcąc ich zainteresować wtedy jeszcze czymś tak normalnym jak płyta winylowa. Na wiele „nie” trafiłem, jednak na jedno „tak” zainteresowała się tym firma Veriton i ukazał się dwupłytowy album, który ujrzał światło dzienne dokładnie w czasie jesiennego Jazz Jamboree, na które uczęszczałem i gdzie w kuluarach ludzie z Veritonu dali mi do ręki pierwszy egzemplarz płyty. Duma, jaka poczułem była jak największe trzęsienie ziemi.

 


Nie będąc związany z żadna branżą muzyczna, nie mając tam żadnych znajomych, układów, trzymałem w ręku produkt, który o ile pamiętam kosztował na ówczesne czasy prawie 32 tyś. złotych, miał w środku plakat i dwie płyty winylowe. Życie płata figle i trzymałem w ręku także totalny schyłek takich wydawnictw. Przez następne prawie 2 i pół dekady nikt się za taki produkt nawet nie próbował brać uważając to za totalną przeszłość. A jednak znowu, tylko ze już z kompletnie innym zapleczem i podejściem wypuściliśmy, jakby nie było, dalszy ciąg tych płyt winylowych w postaci woodstockowych wydawnictw.

 

Ten koncert  nauczył mnie niezwykle ważnej rzeczy funkcjonującej w tej branży – kiedy robisz coś za swoje, nie tylko inaczej to przeżywasz, ale także dbasz o każdy grosz, odczuwasz to na własnej skórze i nauczysz się najszybciej i jak najlepiej zadbać o taki interes. Po rozliczeniu kasy klubu Stodoła wszystko do mnie wróciło, nic nie zarobiłem, ale także nic nie straciłem, a przecież doświadczenie bywa warte wszystkich pieniędzy. Po dzień dzisiejszy spotykam ludzi, którzy podsuwają mi do podpisu sfatygowaną, widać, ze bardzo używaną Letnią Zadymę w Środku Zimy. Czynię to z największą przyjemnością.

 

Jurek Owsiak 

 

Przeczytaj pozostałe opowieści z cyklu Muzyka Podwyższonego Ryzyka 

 

Tutaj znajdziesz najnowsze winyle zarejestrowane podczas Przystanku Woodstock 

 

 

 

 

 

POKAŻ PODOBNE
ZOBACZ TEŻ