Aktualności

Muzyka Podwyższonego Ryzyka: Woodstock na Woodstocku

2016-10-28 14:52:36

 

Jest rok 2009. U nas w Fundacji na dłużej zakotwiczył się Yach Paszkiewicz, twórca polskiej szkoły teledysków. Współpracowaliśmy wtedy ze sobą bardzo mocno – Yachu niemalże od pierwszego Finału bardzo fantastycznie nadawał graficzny kierunek naszych działań. U niego nasze serduszko się wykrzywiało, nabierało kolorów, wszystko ruszało się i przyciągało wzrok ludzi, co dla nas było czymś niezwykle ważnym i istotnym.


Yachu także nadawał ton naszym woodstockowym dekoracjom. Siedział, oglądał, patrzył, miał furę propozycji, a najpiękniejsze było u niego to, że potrafił wyrwać mi spod ręki każdy mój szkic, nieraz naprawdę rysowany gdzieś na czymś, na boczku i przerzucał go na gotowe grafiki. Jego tryb pracy to typowe nocne nasiadówki. W Fundacji było cicho, spokojnie – tutaj mieszkał, spał, a kiedyś go nawet zamknęliśmy z włączonym alarmem, wiec leżał na „nieboszczyka”, bo co się ruszył, to alarm wył. Jak Boga kocham przeczekał tak do rana, zanim przyszliśmy i wszystko odblokowaliśmy. A więc siedzi wieczorem i tylko jego trafem, szperając w internecie, wyłowił niesamowita wiadomość. Otóż, Michael Lang, twórca amerykańskiego Festiwalu Woodstock, postanowił zorganizować kolejny Woodstock. Mało, że tak to sobie wykombinował, to jeszcze na swojej stronie napisał, że chciałby zrobić koncert w Central Parku, a drugi na lotnisku Tempelhof w Berlinie.


I z tą wiadomością przywitał nas rano Yachu w Fundacji: Jurek, czy go po…ło? W jakim Berlinie, jakie Tempelhof? Przecież to lotnisko Hitlera. To jest wbrew całej idei. Trzeba mu dać znać, że od lat robimy festiwal Przystanek Woodstock i tam jest najlepsze miejsce na zrealizowanie jego idei. I ruszyliśmy z bombardowaniem internetowym Michaela Langa. Jedno, co mogę powiedzieć o nas, jeśli chodzi o styl fundacyjny – reagujemy, odpowiadamy, czytamy – jeśli ktoś nie dostanie od nas odpowiedzi, to naprawdę wyjątek potwierdza regułę – czyli, że gdzieś może treść wsiąkła w dziurę niebytu, ale u nas reakcja jest natychmiastowa. Ze strony Langa kompletna cisza. Nic, ani be, ani me. Ale my twardo piszemy do niego z prośbą, aby przyjął zaproszenie na Przystanek Woodstock do nas, do Kostrzyna i że może coś byśmy razem zrobili. I kiedy już traciliśmy wszelką wiarę i nadzieje, nagle bach bach, facet daje znać: Tak, słyszałem o Waszym festiwalu. I ani grosza więcej tekstu. A to nas tak uzbroiło i dało nam czadu, że ze zdwojoną siłą idzie mail za mailem.


Zaczynamy snuć różne marzenia – a może by tak Michael zaprosić dzięki Tobie paru artystów z tamtych lat i na tym wszystkim osnuć piękny rocznicowy koncert? Może Santana? A może tamto, a może siamto – prześcigamy się w pomysłach, ale kolega znowu milczy jak zaklęty. Wiosną 2009 roku tak się złożyło, że kręcimy materiał do programu telewizyjnego w Nowym Yorku. Piszemy maila trochę na bezczela: Michael, będziemy w Nowym Jorku w swoich sprawach, czy moglibyśmy Tobie zająć kilka chwil? Zabrzmiało tak zawodowo i profesjonalnie, że odpisał i podał adres. Kalendarzowo się dograliśmy i pierwszy poważny krok został zrobiony: będzie z nami rozmawiał.


Kiedy do niego dotarliśmy, jego biuro się otwierało, całe było w pudłach, jak z amerykańskich filmów. Któreś piętro wieżowca. Szwajcar w drzwiach, ludzie chodzący w tę i nazad - Michael prowadził typowa agencje koncertową. Wreszcie po oczekiwaniu sam Michael wita się z nami i słucha naszej propozycji. Nie powiem, żeby rozmowa kipiała energią z jego strony. To bardziej my mówiliśmy mu o samym festiwalu, jego skali, kolorze, klimacie, atmosferze. Pokazaliśmy mu kilka zdjęć. I w pewnym sensie już bardziej stwierdziliśmy, niż do czegokolwiek namawialiśmy – powiedzieliśmy, że my i tak taki koncert zrobimy z udziałem polskich artystów i będzie nam miło, jeśli znajdzie czas i przyjedzie do nas razem z żoną. Przy okazji także wiedzieliśmy, że plan koncertu przez most międzykontynentalny spalił na panewce, wiec już teraz zależało nam tylko, aby gościu znalazł dla nas czas i zechciał do nas przyjechać. Nie powiedział ani tak, ani nie, ale z jednym wyszliśmy, co było dla nas niezwykle ważną sprawą. Dał nam zgodę na użycie w dekoracjach symbolu woodstockowego gołąbka.


Wracaliśmy do polski chociaż z tym, ale także z pomysłem, że musimy ten koncert stworzyć. Czy mieliśmy jakiś plan? Totalnie w gęstej w mgle. I tu następuje przełom. Już w Warszawie dostajemy mail od żony Michaela, która pyta nas, czy znamy krakowski zespół Kroke. No pewnie, że tak! Zapraszałem ich chyba na drugi Przystanek Woodstock, bo usłyszałem ich płytę, która mi się szalenie podobała i wtedy chłopaki się wystraszyły festiwalu, jak mi sami później o tym mówili. Okazuje się, ze zrobili muzykę do „Listy Schindlera” Spierlberga, a takie rzeczy robią się po prostu mega popularne i w ten sposób wskoczyli na orbitę ludzi, którzy zajmują się muzycznym biznesem. Natychmiast odpisałem, że zrobimy wszystko, aby zespół zagrał na festiwalu, na który spodziewam się, że wraz z Michaelem przyjadą. Mało tego, okazało się, że jego żona studiowała w Krakowie na Uniwersytecie Jagiellońskim i generalnie bardzo miło wspomina ten czas. Super! Telefon do Kroke był już tylko formalnością. Bardzo się ucieszyli, swoją drogą dali świetny koncert.


Jest maj, do festiwalu 2 miesiące, a ja właśnie wykonuję jadąc samochodem telefon do Karima – basisty Voo Voo. Niewinnym głosem mówię mu, ze chciałbym zrealizować projekt woodstockowy, czyli hiciory z 69 roku, zaprosić muzyków, a w sumie naszych przyjaciół. Rozpisać to na orkiestrę, bo operetka mazowiecka chciała z nami ten projekt zrealizować, no i zagrać to na Przystanku Woodstock. Karim grzecznie zapytał mnie – porąbało Cię? Ja na to potrzebuję kilku miesięcy. Nie Karim, musimy być z tym gotowi na Przystanek Woodstock!


Ja uwielbiam takie projekty i takie wyzwania. Uwielbiam wszelkie nagłe przyspieszenie, kiedy coś się nagle zaczyna dziać. Jestem w swoim żywiole, jak ludzie mnie wzmacniają, razem przykładają się do całego projektu. I tak było w tym projekcie. Wybraliśmy numery i zaczęliśmy wybierać artystów, potem wybrani artyści musieli jeszcze się zgodzić na wszystkich siebie. Karim jeszcze dorzucił swoich przyjaciół ze swojej uczelni z Wiednia i jeszcze paru Oryginałów z nowego Jorku i zaczęli próbować. Żeby było jeszcze bardziej oryginalnie, robili to pod Warszawą, w miejscu na kształt remizy, gdzie usłyszałem pierwsze dźwięki i potrzeba było ogromnej wyobraźni, żeby poskładać to na koncertowy byt. Tak naprawdę pierwsza próba generalna ze wszystkimi artystami odbyła się 1 sierpnia 2009 roku na woodstockowej scenie przed półmilionową publicznością. Nie było szans na nic innego, za to artyści tak się spięli, że cały koncert którego nawet czas trudno było wyliczyć, od początku do końca wrzuciliśmy na płytę DVD i CD. Może dziś bym coś delikatnie zmienił. Może czegoś byśmy nie zagrali, może gdzieś o ciutkę coś skrócili, ale całość wyszła monumentalnie, pięknie, z fantastycznymi dźwiękami. Sam Michael Lang z szopą czarnych włosów (ja pierdziu, jak ten gość to robi, przecież, jest starszy ode mnie, a włosy jak u młodzieniaszka - musi być w tym jakaś sztuczka). Siedział na scenie obok mnie, na kejsiaku – ja przedstawiłem go publiczności, on podziękował, że jest. Najbardziej podobała mu się Ewelina Flinta, jak zaryczała Cry Baby. I to w jakim stylu – wykrzyknął. Po koncercie nie było jakiejś super wylewności, ot wysłuchał i powiedział, ze mu się podobało, choć dla niego to pieśni stare jak świat – jego artyści, jego język i jego historia. Myślę, ze na pewno wrażenie zrobił pomysł z orkiestrą, no i ta ogromna ilość publiczności, która jako żywo mogła mu przypomnieć 69 rok. Żona była bardziej uśmiechnięta. Następnego dnia dostałem od nich komplet koszulek woodstockowych całej obsługi festiwalu z 94 roku, a Michael spotkał się w namiocie ASP z naszą publicznością, gdzie niestety trafił na fatalną tłumaczkę zorganizowaną w ostatniej chwili, która została po prostu przez publiczność pogoniona i spotkanie poprowadzono w języku angielskim.


Widziałem się jeszcze z nim kolejny raz w Nowym Jurku, chcieliśmy go namówić do większej z nami współpracy, ale poza wzajemnymi uprzejmościami nic z tego nie wyszło. Za to my nie tylko ten koncert i rocznicę zorganizowaliśmy, to jeszcze upamiętniliśmy to na płytach DVD i CD, a nawet w 2009 roku późną jesienią udało nam się zorganizować powtórkę tego koncertu na warszawskim Torwarze przy okazji organizując spotkanie z ludźmi, którzy zakładali finałowe sztaby.


Było bardzo pięknie i bardzo serdecznie. Po dzień dzisiejszy początek płyty to absolutne ciary po plechach, kiedy chór, orkiestra, rozpędzają się wraz z „With a Little Help From My Friends”, a drugi dreszcz po plecach to fantastycznie zagrany Mazurek Dąbrowskiego przez Darka Kozakiewicza i który potem jeszcze w utworze Little Wing moim zdaniem zagrał najpiękniejszą gitarową solówkę w historii polskiego rock’n’rolla.

 

Zobacz wszystkie woodstockowe płyty!

Przeczytaj pozostałe opowieści z cyklu Muzyka Podwyższonego Ryzyka 

 

 

POKAŻ PODOBNE
2017-01-30 12:40:03

Złoty Bączek - notowanie 14

Mamy dziś dla was kolejne notowanie Złotego Bączka! Złoty Bączek to nagroda przyznawana przez festiwalową publiczność za najlepszy występ na scenach Przystanku Woodstock.

2017-02-13 13:16:12

Złoty Bączek 2017 - notowanie 16

To już ostatni moment, żeby zagłosować na swój ulubiony zespół i zapewnić mu bezpieczne przejście do kolejnego etapu naszego woodstockowego plebiscytu - Złotego Bączka. Drugi etap festiwalowych zmagań rozpoczniemy na przełomie lutego i marca 2017 roku.

2017-01-23 09:46:43

Złoty Bączek 2017 - notowanie 13

Po krótkiej finałowej przerwie mamy dla Was kolejne - już trzynaste notowanie Złotego Bączka. Sprawdźcie, komu tym razem dopisało szczęście, a kto jeszcze musi zawalczyć, żeby bezpiecznie przejść do następnego etapu, który coraz bliżej!

ZOBACZ TEŻ