Aktualności

Muzyka Podwyższonego Ryzyka - Pierwsza Woodstockowa Produkcja

2017-03-21 10:45:28

 

Pierwsza Woodstockowa produkcja to była kaseta magnetofonowa. Została nam tylko jedna, opakowana w oryginalna folię, a jej zawartością był Ankh, Orkiestra na zdrowie, zespół Yo i Ahimsa. W sumie zaczęliśmy z grubej rury, no bo Sony Music. I jeszcze logo Rmf Fm.

 

 Fot. Fundacja WOŚP, Czymanowo 1995

 

Nigdy w życiu chyba po dzień dzisiejszy Rmf Fm nie wypuścił nagrania z Przystanku Woodstock, ale wtedy, 22 lata temu zapowiadało to niezłą jazdę. Dobór zespołów - bardzo emocjonalny, bo do dnia dzisiejszego jedynie o Orkiestrze Na Zdrowie Jacka Kleyffa możemy mówić w czasie teraźniejszym. Ankh był ulubieńcem całego festiwalu Woodstock.

 

 Fot. Fundacja WOŚP, Występ Ankh, Czymanowo 1995

 

To tam pierwszy raz usłyszeliśmy młodziutkiego Jelonka na skrzypcach i to było oszałamiające wrażenie. Plus super pomysł muzyczny, który miał w sobie ogromną dawkę tajemniczości, atmosfery, budowania dźwiękami napięcia, fantastycznej ‘mantrowości’ w kompozycjach, co razem z pierwszym festiwalem Woodstock i jego klimatem czyniło w naszej wyobraźni cuda. Zespół Yo to regałowe pogawędki, trafiające w samo sedno publicznego odbioru. Kompletnie nie znalem tych zespołów wcześniej, pojawiały się u nas w wyniku tak zwanego namówienia, czyli na absolutne słowo honoru, że będzie pięknie i ciekawie.

 

Z Jackiem Kleyffem wtedy bardzo się przyjaźniłem. Widywaliśmy się, spotykaliśmy, zasiadaliśmy przy stole. Jego syn, wtedy po prostu rówieśnik mojej młodszej córki, potrafił w takim dziecięco młodzieńczym nastroju narobić niezłego bigosu swoim rodzicom. Pamiętam jak druga żona Jacka Kleyffa opowiadała nam o tym, jak ich syn Tomek malował sprayem graffiti na ścianach garaży. Słuchajcie, to było z ćwierć wieku temu! I dorwał go jakiś okoliczny społecznik, taki w wieku porządnego ORMOWCA. Chwycił go za kołnierz i pociągnął w stronę komisariatu. Po drodze spotkali Jacka, czyli ojca. Nastąpiła wymiana zdań i efektem tego było, że wszyscy w trójkę poszli na komisariat. Ona widzi to z okna i o mało przez nie nie wyskoczy - "no przecież ja bym tego ormowca rozszarpała na kawałki, a mój Jacuś, nie wiedzieć dlaczego przystępuje do wspólnej wędrówki"! Tak się złożyło, że kiedy ona o tym opowiadała, byliśmy w kuchni u nas w domu szykując jedzenie. Jacek się spóźnił, stał na klatce i całą rozmowę wysłuchał w domofonie, a dowiedzieliśmy się o tym, kiedy domofon zaczął do nas mówić: „to nie było tak!” No mówię Wam, to były nieprawdopodobnie pokręcone spotkania z nimi.

 


Jacka muzykę kochałem w wydaniu z tamtych czasów. Orkiestra Na Zdrowie to była bardzo młoda ekipa, rozhuśtana na maksa, rozśpiewana, pięknie wyglądająca. I tak też prezentowała się na scenie. Ich numer „E Oś” rozwalał cały Przystanek, a Ahimsa to zupełnie osobna opowieść. Kiedy mieliśmy Fundację na Madalińskiego, to bywało, że widzieliśmy jak toczą się tą ulicą na próbę. Wyglądali bardzo malowniczo, jak kapela z Kalifornii albo z Los Angeles. Wydaje mi się, że chyba część muzyków grała także w Houk. Mieli pióra do pasa, a ich frontman był po prostu stuprocentowym rock’n’rollowym zwierzęciem.

 

 

Kiedy grali na drugim Przystanku Woodstock, to pamiętam, że pędzili na swój koncert. Dojechali w ostatniej chwili, prawie wjeżdżając na scenę samochodem. Zagrali koncert, a koleś miał bardzo świetny szorstki głos, który genialnie dał się poznać „w doorsowaniu’. Już nie pamiętam czy zagrali numer Doorsów czy podobny do Doorsów. Miało to styl i charakter.

 

Jakież było moje było zdziwienie, kiedy do naszej Fundacji na Niedźwiedziej przyjechała któraś z telewizji komercyjnych prywatnych. Wraz z kamerą reporter do zadawania pytań w szarym garniturze, który od razu na pierwszy rzut oka wyglądał na nim jak na wieszaku – i to taki za duży garnitur na tym wieszaku. Zdziwiły mnie długie włosy, co się u takich reporterów kompletnie nie zdarzało. Patrzę, a to nasz bohater z zespołu Ankh. Mam uczucie, ze był trochę speszony, nigdy go już więcej w tej roli nie zobaczyłem, a on sam także, jak Witek Gość z Atlantydy zniknął mi z horyzontu – może ktoś coś wie?

 

Po koncertach w  Czymanowie kilka rzeczy zostało mi na stale w głowie. Scena tak zwana ukraińska, czyli przywożona od sąsiadów. Wszyscy byliśmy w cemencie, w wapnie i zaprawie murarskiej, bo rusztowanie zeszło z budowy – tak się wtedy te sceny budowało. Formalnie dzisiaj też te elementy są składanką budowlaną, ale wtedy bywały i tu, i tu. 

 

 Fot. Fundacja WOŚP, Czymanowo 1995

 

I drugi obrazek to rozziajany wściekły i nie do opanowania właściciel i jego pies z przydrożnych ‘czworaków’. Dla wielu okolicznych mieszkańców stanowiliśmy potężny szok kulturowy, obyczajowy, co trzeba było przełknąć, przetrawić, przepić i na końcu pokazać siebie i swój stosunek do całego tego bałaganu. Generalnie zdziwko. Najpierw starsi, potem młodsi wzięli się za zabawę i wyczaili biznes na sprzedaż alkoholu. Wywlekli wszystko co było do spożycia i co miało w sobie moc. Wyszli z każdej dziury, z ofertą 24 godzinną. Z jednej strony psuli na maksa to, co chcieliśmy stworzyć, z drugiej strony postawili kropkę nad i: prohibicja to porąbany pomysł, należy to robić z głową, kulturalnie, tak jak to robimy po dzień dzisiejszy – odważyliśmy się już rok później podjąć tego wyzwania, ale był jeden gość, który wytaczał się z tych baraków obok, rozhuśtany na maksa wypitą gorzałą, z gołym torsem, z żylastym jak worek ścięgien przepitym wzroku, skołtunionym ryju i spodniach ludowego wojska polskiego. Obok niego radośnie pląsał przewielki wilczur. Słuchał się tylko jego, budził strach, szedł po ukosie przez całe woodstockowe pole. Mówiąc krótko: zaczep pana, będziesz miał do czynienia z jego najwierniejszym przyjacielem i jego przepotężnym klapnięciem. Był nie do ogarnięcia i wreszcie jedyne, co go zatrzymało, to konkret, czyli pytania o szczepienie. Po prostu zrzuciliśmy to na policję, która wtedy kompletnie nie wiedziała co ma robić i z tego wszystkiego najczęściej fotografowała wszystkich.

 

 Fot. Fundacja WOŚP, Czymanowo 1995

 

Aha, i jeszcze jedno – super zdarzenie. Stworzyło się odrębne obozowisko panczurów. Generalnie prowadzili bardzo hulaszczy tryb życia i nikt by nie miał do tego pretensji, gdyby nie to, że w którymś momencie przyszli do nas na zaplecze i wobec jednego z zespołów naszych przyjaciół wyrazili stanowcze nie: „oni tu nie zagrają, a jak zagrają to my cały ten pierdolnik spalimy.” Nasza ochrona, z którą się bardzo zaprzyjaźniliśmy i z niektórymi pracujemy po dzień dzisiejszy, na te słowa wręczyła im pudełko zapałek i na tym się skończyło. Pojęli, że tu nawet nikt z nas nie chce podejmować tego durnego tematu.

 

Kiedy wyjeżdżaliśmy z festiwalu nazwanego przez niektórych dziennikarzy przystanek butelka, ówczesny sołtys czy wójt już nie pamiętam, podsumował to krótkimi słowami: wypie...... .


No i tak zrobiliśmy. Miejsce było fajne, ale chyba się nie zrozumieliśmy. Kaseta na okładce oddaje chyba ten klimat pierwszego przedsięwzięcia. Pierwsza błotna i naprawdę bardzo czarna i brudna kąpiel, gdzieś tam w tle dziewczyna w białej koszuli, przytulenie i bycie w czymś zupełnie nowym dla wszystkich.

 

Jurek Owsiak

 

Przeczytaj pozostałe opowieści z cyklu Muzyka Podwyższonego Ryzyka 

 

 

 Fot. Fundacja WOŚP, Czymanowo 1995
POKAŻ PODOBNE
2017-08-05 03:30:00

Kilka słów na Dzień Dobry

Dzisiaj ostatni dzień najpiękniejszego festiwalu na świecie! Dziękujemy, że jesteście z nami!

2017-08-05 12:58:14

Muzyczna jazda bez trzymanki!

Woodstockowe sceny są dla każdej muzyki. The Bloody Beetroots pokazali nam kawał pionierskiej elektroniki! Ich występ to kolejny dowód na to, że muzyka łączy, a nie dzieli.

ZOBACZ TEŻ