Aktualności

Muzyka Podwyższonego Ryzyka: Kiepura na Przystanku Woodstock

2016-11-19 14:03:12

 

Piekielnie ciekawym rokiem był rok 2008. Będę do niego często wracał. A dzisiaj o koncercie tenorów. Przyszedł do mnie Włodzimierz Izban z propozycją muzycznego happeningu na festiwalu. Sam Włodek z zupełnie obcej mi bajki, więc do rozmowy przygotowałem się na wyrost na nie. A propozycja Włodka była czytelna, bo wprowadzał ją w życie od jakiegoś czasu. Na czym to polegało? Otóż stworzony przez niego Mazowiecki Teatr Muzyczny przygotował program z udziałem bardzo młodych, ale już znanych tenorów, którzy pod wodzą mistrza Wiesława Ochmana gaworzyli o Kiepurze, a przy okazji wprowadzali w ruch machinę muzyczną, śpiewając nie tylko to, co genialnie Ślązak z Zabrza śpiewał jako swoje, ale także wszelkiego rodzaju europejskie cudzesy, jak chociażby Torna a Surriento czy ‘O sole Mio.  Położył na stole płytę z tego wydarzenia nagraną i sfilmowaną chyba w Filharmonii Warszawskiej. Jeszcze bardziej byłem na nie. Rozumiem wszelkiego rodzaju ekstrema, ale to stanowczo przekroczyło granice mojej wyobraźni. Ale cierpliwie słucham do końca. Włodek opowiada, jak wspaniale projekt jest przyjmowany przez publiczność, jaka w tym będzie edukacja, element zaskoczenia, no i ten walor Przystanku Woodstock i sceny, jako tego przedsięwzięcia. Zamieniliśmy się rolami, to zazwyczaj ja przekonywałem albo artystów albo organizatorów, że projekt, który siedział mi w głowie będzie fajny w realizacji, a tutaj koleś z pełną pasją i przekonaniem mówi, że to będzie naprawdę wielkie wyzwanie, a tenorzy z bardzo wysokiej półki. No dobrze, powiedziałem, pochylę się nad płytą…

 

Oczywiście nie uczyniłem nawet pół gestu, bo projekt wyleciał mi z głowy już po kilku chwilach. I powiem Wam coś ważnego, a mówię o tym także na moich wykładach. Trzeba bardzo, bardzo wsłuchiwać się w siebie, we wszelkie podszepty, impulsy i nagłości, które mamy w głowie. Nieraz one potrafią spontanicznie bez grama przemyślenia i racjonalnego bytu przycisnąć ciebie w jakiejś sprawie. I tak przyszedł impuls. Jak przeczytałem w książce o Przystanku Woodstock, napisałem wtedy „przyszedł może wieczorem, może rano, może w samochodzie, może w Fundacji albo na spacerze, albo jak oglądałem jakieś pierdoły w telewizji”. Impuls powiedział mi: a dlaczego by nie? To jest właśnie wyzwanie – zmierzyć się z nieswoją bajką. Dać w ten projekt cale serce, całe emocje, zrobić to profesjonalnie, pokazać sobie i innym, że nie bujasz się tylko w sobie znanych klimatach i znajomym świecie.

 

fot. Tomasz Banasik

 


Pierwsze, co zrobiłem, to puściłem DVD, które przyniósł mi Włodek. Ja pierdziu! To był koszmarne. Wszystko było zimne. Prowadzący to jeden z najbardziej znanych aktorów – Leonard Pietraszak oraz wybitny tenor i super gawędziarz, Wiesław Ochman. Prowadzili tak zwane zgadywanki między utworami w stylu spotkanie z ciekawym człowiekiem w domu spokojnej starości. Pierdoła za pierdołą ułożona w klasyczny rytm tak zwanej estrady. Obrazek, kompozycja, to przetykane gadułami koncertowanie - „O rany boskie”. Ten świat wydawało mi się, funkcjonował gdzieś w latach 60, może 70. Ale… No właśnie, jak już tenorzy ryknęli , to brzmiało to zawodowo. Naprawdę uśmiechnąłem się do Brunetki, blondynki, uśmiechnąłem się do O’ sole mio… i ta orkiestra z pazurem - nagle coś mi się poukładało. No przecież to leci tak do nogi, ze hola hola – robimy! Telefon do Włodka, Włodek entuzjastycznie – no i co, podobał się koncert? Ja do niego: Chyba żartujesz, materiał dla mnie koszmar, ale to kwestia montażu i kompozycji. Za to widzę i czuję to na Przystanku Woodstock. Pogadajmy, jak to zorganizować. W cholerę ludzi, będę widział kłopot z próbami, rozstawieniem orkiestry, bo przerwy krótkie, bo powiem Ci, musisz mnie bardzo wspomagać, żeby to wszystko się powiodło. I jak to u nas bywa, odpaliliśmy całą maszynę. Mało tego, namówiliśmy ich jeszcze, aby występująca po nich Męska Muzyka załapała się na jedno wspólne granie. Były nawet pomysły, żeby w tym stylu zagrać jakiś duży przebój rockowy, ale to zazwyczaj wychodzi tak sobie.
Postanowiliśmy wprowadzić artystów w skali 1:1. Już na samym festiwalu robiłem wszystko, aby w swoich gadułach ze sceny przygotować ludzkość do tego zdarzenia: „No, bądźcie bardzo mili i przyjemni dla tego pomysłu”. „No i bądźcie kulturalni” i „Ubierzcie się wyjątkowo, bo to jak wizyta w operze” i ”Nie zaśpijcie, przyjdźcie pod scenę”. Artyści wzięli prawie wszystko na siebie, a z naszej strony koszty były naprawdę minimalne. Takie projekty z samymi noclegami potrafią zeżreć w cholerę kasy. Przed samym koncertem, jeszcze ostatnie wspólne ustalenia, słowa na pokrzepienie serca – Wiesław Ochman okazał się niezwykle ciepłym gościem, a dyrygent Tadeusz Karolak i tenorzy: Arnold Rutkowski, Dariusz Stachura, Piotr Friebe, Andrzej Wiśniewski, Krystian Krzeszowiak, Tomasz Garbarczyk, Sylwester Kostecki gotowi do boju. Już o tym pisałem - nawet nie wiem, jakim byś był artystą, no może z wyjątkiem kilku, których możemy policzyć na placach jednej ręki – widok Woodstocku robi ogromne wrażenie. Kolana się uginają, a ręce potrafią wpaść w lekki dygot. Nasi operowi bohaterzy przyjmowali to z powagą, absolutną profeską i nie dali nawet ciut po sobie poznać, ze za chwilę wejdą do rock’n’rollowej jaskini lwa. A ja z zachwytem patrzyłem, że pod sceną nie ubywało, a wręcz przybywało publiczności. Umówiliśmy się, ze koncert potrwa 30 minut. Wszystkie utwory przygotowane, przećwiczone, a Wiesław Ochman był człowiekiem, który to wszystko miał zebrać do kupy słowem przewodnika, ale także głosem jednego z największych polskich głosów operowych.

 

fot. Michał Sandecki

 


Najpierw nastąpiło strojenie orkiestry, które trwało dokładnie 25 sekund, a potem ja z Wiesławem Ochmanem rzuciliśmy w stronę Woodstockowiczów gadułę, która trwała dokładnie 3 minuty 39 sekund. I poszedł pierwszy hicior La Donna E Mobile. Już widzę, że publiką zakręciło, a moje oczy natychmiast wyłuskały, nie uwierzycie, ludzi w marynarkach, a nawet w garniturach. W ruch poszedł papier toaletowy, z którego porobili sobie muchy, kokardy i kotyliony. Potem jak burza Amapola, Si Boney, Granada – ludzkość jak na koniach pocwałowała po całym woodstockowym przedpolu. To najkrótsze numery grane na Woodstocku: 1.57, 1.35, 2,28. I nagle w utworze Torna a Surriento - Sylwester Kostecki, który na tę okazję zrobił sobie na głowie dredy w refrenie, zamiast „Wroć do Sorrento” śpiewa "Juuuurek Siiiiieeeeeeeeema, wróć do Kostrzyna, wróć tu za roooook". Woodstock zawył, mnie się łzy zakręciły w oczach, a Wiesław Ochman jeszcze raz podkręcił orkiestrę i tenorów do Granady. Potem Aria Kalafa i słynne ‘O sole mio. Wtedy już wiedziałem, ze ten koncert ludzie zapamiętają na długo.

 

 


Tenorzy uśmiechnięci już bez tej profesjonalnej sztywności, w orkiestrze luz, nie ma zabitych i nie ma rannych, nawet najdalej siedzący na scenie orkiestranci czują ten niesamowity klimat. A później trzy razy pod rząd razem z całym Przystankiem Woodstock, bo kto by nie znał tych słów, zaśpiewaliśmy Brunetki, blondynki. Jedna wersja od drugiej różni się o 10 sekund, gdzieś tam wolniej, gdzieś tam szybciej. Nawet ja dałem się porwać i ryknąłem do mikrofonu Brunetki, blondynki i już orkiestra wpadała w mantrę dźwięków i już cały Woodstock w szaleńczym pogo, kurz wzniecony do 9 piętra, a przecież jeszcze po drodze odśpiewaliśmy ‘O sole mio i tak moglibyśmy w kółko przez następną godzinę. Ale i tak koncert się przedłużył, na szczęście, bo dzięki temu nasyciliśmy ludzi dźwiękami, jakich za często na naszym festiwalu nie słyszą. Uspokoiliśmy wszystko na samym końcu utworem Zimno w wykonaniu Męskiej muzyki. To nas wprowadziło w nowy projekt, a my do końca dnia przeżywaliśmy, rozprawialiśmy i gadaliśmy na temat tego wydarzenia. Rok później Mazowiecki Teatr Muzyczny pomógł nam w kolejnym projekcie, o którym już Wam opowiadałem – projekcie rocznicowym Woodstocku amerykańskiego. Powiem Wam, że niezwykle milo wspominam każdą minutę, każdą chwilę związaną z realizacją takich przedsięwzięć. Ja tylko rzucam pomysł, a kupa ludzi to rewelacyjnie składa w całość. Za każdym razem nie widząc całych prób taki występ jest totalną niespodzianką i odbieram go jak wszyscy bawiący się na festiwalu.

 

fot. Tomasz Banasik

 

Jeszcze taka mała historyjka. Zafascynowani tym zdarzeniem już w Warszawie po festiwalu pomknęliśmy do Teatru Wielkiego – Opery Narodowej. Już nie pamiętam, z kim się spotkałem, trzeba by było sięgnąć do zapisów, kto w 2008 tym teatrem rządził i mówię: kilkaset tysięcy ludzi oglądało niezwykły koncert. Może byśmy go powtórzyli tutaj, w tym gmachu – robiliśmy tu już kilka projektów i wychodziły fantastycznie. Na co dyrektor teatru i drugi dyrektor, chyba muzyczny, z przekąsem zaczynają swoje uwagi na temat tenorów: że ten to taki, tamten siaki, temu coś z nosa, tamtemu z ucha, ze tamten to ledwo śpiewa, a ten pierwszy dłubie w nosie. Nie wierzyłem własnym uszom, skąd ten foch, skąd to dyskredytowanie sztuki, której Ci ludzie nie widzieli i nie słyszeli, nie mieli o niej zielonego pojęcia. Po dzień dzisiejszy po 8 latach od tamtego wydarzenia nie słyszałem o jakichś logicznych ‘edukacyjnych’ ruchach Opery Narodowej skierowanych w stronę ludzi, którzy z ta sztuką mają bardzo bardzo mało do czynienia albo wręcz nie wiedzą o jej istnieniu. Skąd ten polski foch? Skąd takie ustawianie się na kogoś, kto wie lepiej? A przecież to my, w szczerym polu robiąc festiwal odśpiewaliśmy ludziom najpiękniejszą historię, z której jesteśmy my Polacy tak bardzo bardzo dumni – historię Jana Kiepury. Nie miała się ona nic a nic do skądinąd ambitnego projektu, który obejrzałem na płycie dvd z filharmonii. My to ponieśliśmy jak legendarny kaganek, i Ci, którzy powinni to robić, bo taka ich powinność, kompletnie nie pochylili się nad tym pomysłem. Dlatego pisząc o tym dzisiaj, jeszcze raz dziękuję i mam poczucie niezwykłej satysfakcji, że ten projekt jest zapisany, nagrany dla potomnych.

Na koniec pamiętajcie: słuchajcie siebie, słuchajcie swojego serca.

 

(Jurek Owsiak) 

 

 

Zobacz wszystkie woodstockowe płyty!

Przeczytaj pozostałe opowieści z cyklu Muzyka Podwyższonego Ryzyka

POKAŻ PODOBNE
2017-03-10 12:03:09

Muzyka Podwyższonego Ryzyka - Pan Witek, gość z Atlantydy

Co się dzieje z Panem Witkiem? Jak ktoś coś wie, niech da znać. Ja pana Witka pierwszy raz zobaczyłem w telewizji, w programie który wtedy, 25 lat temu, mocno szalał na tak zwanych młodzieżowych kanałach.

2017-03-21 10:45:28

Muzyka Podwyższonego Ryzyka - Pierwsza Woodstockowa Produkcja

Pierwsza Woodstockowa produkcja to była kaseta magnetofonowa. Została nam tylko jedna, opakowana w oryginalna folię, a jej zawartością był Ankh, Orkiestra na zdrowie, zespół Yo i Ahimsa. W sumie zaczęliśmy z grubej rury, no bo Sony Music. I jeszcze logo Rmf Fm.

2017-01-02 15:33:02

Muzyka Podwyższonego Ryzyka - Budka Suflera na Przystanku Woodstock

Kto nie zna Budki Suflera? Wszyscy znają. Lubisz, nie lubisz, w naszych polskich głowach Budka Suflera siedzi jak Bałtyk, jak Mazurskie Jeziora, jak Zakopane i nasze pierwsze fascynacje. To nie kilka lat złotego grania, ale 4 dekady bycia na najwyższych obrotach.

ZOBACZ TEŻ